sobota, 28 stycznia 2012

"Germinal" Emil Zola

O "Germinalu" słyszałam wiele pochlebnych recenzji, zdecydowałam się więc po tę książkę sięgnąć, mimo iż tematyka nie wydała mi się zbyt interesująca.

Akcja rozpoczyna się od przybycia Stefana do osady górniczej. Stefan  szuka pracy - od wielu dni chodzi z miejsca do miejsca, pyta o możliwość zatrudnienia, wszędzie spotykając się z odmową. W pierwszej chwili i tu jest zbywany, jednak szczęśliwym trafem udaje mu się jednak podjąć w kopalni pracę ładowacza i pozostaje w osadzie, wsiąkając powoli w jej klimat.

Zastanawiałam się, co więcej może się w tej książce wydarzyć poza opisem ciężkiej, wręcz katorżniczej, pracy pod ziemią i  fatalnymi warunków życiowych bohaterów (głód, nędza i brak perspektyw). No i poza jakąś katastrofą górniczą - bo to, że się wydarzy jest przecież tylko kwestią czasu, od pierwszego zejścia Stefana na dół jest oczywiste, że braki w stemplowaniu muszą doprowadzić do jakiejś tragedii.
Jednak okazało się, że w tym utworze jest znacznie więcej.

Przede wszystkim jest to genialna analiza socjologiczna tej grupy społecznej. Koniec XIX wieku to niezwykły - kontekście przemian społeczno-ekonomicznych - okres w historii Francji. W "Germinalu" obserwujemy, jak powoli  budzi się samoświadomość górników, jak zaczynają oni zdawać sobie sprawę ze swojego zbiorowego położenia i ze swojego znaczenia w łańcuchu ekonomicznym (choć zależności ekonomicznych w skali makro zupełnie nie rozumieją, zatrzymują się tylko na przeświadczeniu, że są wykorzystywani przez towarzystwo górnicze). Sprzyja temu szybko rozpowszechniająca się myśl socjalistyczna, którą Stefan próbuje rozpowszechnić wśród mieszkańców Montsou. Udaje mu się doprowadzić do powstania komórki I Międzynarodówki i kasy zapomogowej, w której górnicy odkładają pieniądze na ewentualny strajk. Do buntu rzeczywiście dochodzi i okazuje się on zdecydowanie bardziej brutalny i zaciekły, niż początkowo można by przypuszczać. Górnicy bowiem czują, że naprawdę nie mają nic więcej do stracenia i są gotowi nie łamać się, nawet gdy zawisa nad nimi widmo śmierci głodowej.

Niewątpliwie książka robi duże wrażenie, choć jej lektura jest momentami bardzo przygnębiająca.

P.S. Zainteresował mnie tytuł powieści. "Germinal" to nazwa jednego z miesięcy we francuskim kalendarzy rewolucyjnym. Autor prawdopodobnie wykorzystując ten tytuł chciał odwołać się do powstania, jakie wybuchło w Paryżu właśnie w miesiącu germinal, którego jednym z haseł było "chleba" - tego samego w domagali się strajkujący górnicy.

czwartek, 26 stycznia 2012

"Tylko sam siebie możesz ofiarować" Madga Szabo

Polubiłam spotkania z powieściami Magdy Szabo. Dlatego, gdy wypatrzyłam tę książkę za niecałe 3 PLN nie zastanawiałam się długo nad jej zakupem ;-)

Tym razem autorka przygląda się bliżej relacjom międzypokoleniowym i drogom poszukiwania szczęścia i spełnienia.

Akcja powieści obejmuje jeden dzień. Dzień ślubu Gabi i Miklosa. Bynajmniej nie jest to jednak dzień szczęśliwy. Ani dla rodziców młodych (co - biorąc po uwagę wszystkie okoliczności - jest nawet dość zrozumiałe), ani dla nich samych (co z kolei napawa czytelnika lekkim smutkiem, jako że ślub, choć wywołany podstępem, miał być dla młodych szansą na wyrwanie się z domu rodzinnego i nadzieją na lepsze życie).

Autorka - podobnie jak w innych powieściach - oddaje narrację wszystkim bohaterom powieści. Każdy, patrząc na sytuację ze swojej perspektywy, odkrywa przed czytelnikiem nowe tajemnice, które trzeba poskładać jak puzzle, by ogarnąć całość. Dlatego sam początek książki nie był dla mnie do końca zrozumiały (co jednak zupełnie mnie nie zniechęciło do dalszej lektury - po "Świniobiciu" wiedziałam, że dalsza lektura przyniesie odpowiedzi na wszystkie moje pytania).

Książka w swoim wydźwięku raczej przybijająca, ale warta przeczytania.

poniedziałek, 16 stycznia 2012

"Bohiń" Tadeusz Konwicki

Ostatnio ciągnie mnie jakoś do XIX wieku. Zarówno do klasyki, utworów wówczas powstających, jak i do książek o tym okresie opowiadających. To główny powód, dla którego sięgnęłam po "Bohiń".

Czymże jest Bohiń (mnie przed przeczytaniem nazwa wydawała się nieco tajemnicza)? To rodzinna posiadłość Konwickich na Wileńszczyźnie, gdzie rozgrywa się akcja powieści. Główną bohaterką jest Helena Konwicka - babka autora. Tadeusz Konwicki swojej babki nigdy nie poznał, ale wydaje się, że tworząc jej postać nadał jej sporo własnych cech. I tak oto Helena jawi się czytelnikom jako kobieta dość wrażliwa, skłonna do głębokiej autorefleksji, która nie przyjmuje rzeczywistości bezkrytycznie, lecz stara się wszystko dokładnie przeanalizować i zrozumieć. Poznajemy ją gdy kończy 30 lat. Helena wie, że to najwyższy czas na podjęcie decyzji o zamążpójściu (według ówczesnych standardów uchodzi już w sumie za starą pannę), ale robi wiele, żeby ją jeszcze nieco odsunąć w czasie. Jej konkurent, hrabia, stara się wywrzeć na niej presję, jako że sam aby nie stracić majątku musi się ożenić przed ukończeniem 40. roku życia (według plotek zapisu takiego w testamencie dokonał jego ojciec, w obawie że skłonność hrabiego do mężczyzn zaważy negatywnie na jego decyzjach życiowych). Kiedy Helena z bólem serca wreszcie godzi się na małżeństwo z hrabia, poznaje Eliasza - Żyda, który zaczyna u niej pobierać lekcje pisania i czytania. Jego analfabetyzm okazuje się jedynie wymówką do tego, żeby zbliżyć się do Heleny, w której od wielu lat jest zakochany. Romans, który się między nimi nawiązuje nie jest typową historyjką z happy endem, ale jak się kończy to już nie zdradzam :-)

Czy "Bohiń" jest romansem? Nie. Jest opowieścią o świecie, którego już nie ma. Wileńszczyzna w latach 70-tych XIX wieku to ciekawe miejsce, w którym spotyka się z jednej strony zubożała szlachta polska (której odebrano i rozparcelowano majątki), która pielęgnuje w sobie ducha patriotycznego i romantyczną tradycję popowstańczą a z drugiej strony ci, którzy z rosyjską władzą dogadują się dobrze i którzy dążą do utrzymania status quo - tropią każdy ślad myślenia czy zachowania "wywrotowego". Do tego dochodzi jeszcze społeczność żydowska, nieco odizolowana od Polaków ale jednocześnie odgrywająca istotną rolę, szczególnie w zakresie gospodarczym. Wzajemne relacje tych grup - sympatie i animozje - są głównym tematem książki.

Klimat powieści jest senny, spokojny i cichy. I dlatego choć jest to książka dość cienka, to myślę, że dla wielu osób, które liczą na szybkie zwroty akcji, jej lektura może okazać się zbyt nużąca. Mnie momentami nieco męczyła, nie do końca mogłam zatopić się w niektóre opisy przyrody, chciałam, żeby "coś się działo". Pewnie to też jest w dużym stopniu pochodną aktualnego stanu ducha. Ale w ostatecznym rozrachunku książkę oceniam wysoko :-)

niedziela, 8 stycznia 2012

"Maria i Magdalena" Magdalena Samozwaniec

" - Masz zamiar nazwać swoją powieść "Maria i Magdalena" więc pisz najpierw, już w pierwszym rozdziale, o naszym dzieciństwie.

- No dobrze, ale to może znudzić czytelnika"

- Napisz w ten sposób, aby go nie znużyć. Opisz atmosferę ówczesnego Krakowa, napisz o tym, w jaki dziwny sposób edukowano wówczas dziewczynki z tak zwanych "dobrych domów". Dzisiejsze harcerki, czytając owe opisy, będą pękać ze śmiechu. Pisz o przedziwnej higienie początków tego wieku, o snobizmie, który wówczas panował, i przesadnej dewocji, do której dzieci zmuszano. Nie bój się, pisz - i tak redaktor, który zaopiekuje się twoimi wspomnieniami, wykreśli ci z tego połowę.(...)

- Czy dać trochę sensacji? Czy napisać o handlarzu żywym towarem, który na Francuskiej Riwierze chciał uwieść Marię Jasnorzewską? A jeśli to nie był wcale handlarz żywym towarem?

- Pisz, co najwyżej ci go wykreślą.

- A Marcel de Moor, który jeździł ze mną po świecie i nosił na piersiach wszystkie odznaczenia francuskie i był prawdopodobnie szefem francuskiego wywiadu? Napisać o nim?

- O nim koniecznie! To postać jakby żywcem wyjęta z jakiejś powieści sensacyjnej. Nie zapomnij i napisz również o pokątnym lekarzu w Casablance, za którego chciałaś wyjść za mąż i tam już na zawsze pozostać. To bardzo ładna historia.

- A zatem szczypta erotyzmu?

- Ale satyrycznego, Dowcip odbiera erotyzmom ich nieprzyzwoity klimat (...)"
Ten fragment pochodzący ze wstępu "Marii i Magdaleny" bardzo trafnie oddaje charakter całego utworu. Utworu niewątpliwie bardzo udanego, zabawnego, przybliżającego czytelnikowi atmosferę początku XX wieku. Utworu, w którym - wydaje mi się, że można to w ten sposób określić - Magdalena Samozwaniec składa hołd swojej ukochanej siostrze, Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej.

Maria, a właściwie Lilka, bo tak ją nazywali najbliżsi, była niezwykle barwną osobą. Jej siostra Magdalena także. Razem stanowiły oryginalny tandem, który był na ustach całej śmietanki towarzyskiej tamtych czasów. Czytając "Marię i Magdalenę" odnosi się wrażenie, jakby ich życie obfitowało w nadzwyczajne sytuacje, które jeszcze autorka potrafi przedstawić okraszając dużą nutką humoru. Trudno się oderwać od tych historyjek.

Wydanie, które czytałam składało się z dwóch tomów. Nieco bardziej podobał mi się tom pierwszy, który w sumie zamyka koniec okresu panieńskiego w życiu Magdaleny. Życie krakowskiej w Kossakówce musiało być naprawdę niezwykłe - cała rodzina była wyjątkowa, panujący w domu optymizm i wzajemna miłość tworzyły niesamowitą atmosferę. 

Z tej swojej wyjątkowości bohaterki dobrze zdawały sobie sprawę i bardzo skutecznie przez cały czas ją wykorzystywały. Wychowane w przekonaniu o dużym poczuciu własnej wartości, zawsze dążyły do tego, by swoje interesy postawić na pierwszym miejscu. Ten ich egoizm czasem sprawiał, że różnych ich zachowań w ogóle nie rozumiałam, nie mniej jednak przyjemnie się te wszystkie anegdotki czytało.

Część z tych anegdot poznałam już przy lekturze "Z pamiętnika niemłodej już mężatki" - niekiedy są tu opowiedziane w nieco inny sposób, ale kto by się tym przejmował ;-) W każdym razie nie polecam czytania "Z pamiętnika niemłodej już mężatki" osobom, które na świeżo w pamięci maja "Marię i Magdalenę" - wówczas "Z pamiętnika..." niczym czytelnika nie zaskoczy, tam tych historii jest w sumie mało i lektura może wydać się zbyt znajoma.

poniedziałek, 2 stycznia 2012

"Matka Joanna od Aniołów" Jarosław Iwaszkiewicz

Nie przypominam sobie, żebym kiedyś widziała film Kawalerowicza nakręcony na podstawie opowiadania. Może gdzieś ukradkiem jakieś fragmenty - bo jakby niektóre obrazy, kiedy teraz wyszukuję je sobie w Internecie wydają mi się znajome. A może po prostu są tak popularne, że się na nie natykałam w innych okolicznościach? Nieistotne w sumie - ważne, że o akcji nie wiedziałam przed lekturą nic.
Wiek XVII. Do małego miasteczka o nazwie Ludyń, na polecenie ojca prowincjała przybywa młody ksiądz Suryn. Ma on odprawiać egzorcyzmy nad opętaną przez dziewięć demonów przeoryszą miejscowego klasztoru - tytułową Matką Joanną. Opętane są prawie wszystkie zakonnice, jednak jej opętanie jest jednak największe. Czy rzeczywiście jest to prawdziwe opętanie przez diabła czy jedynie udawanie? Czy praktyki ojca Suryna przyniosą oczekiwany efekt? Jaka relacja wywiąże się pomiędzy tym dwojgiem? I jak cała historia się zakończy?

Jest to historia o walce dobra ze złem. Nie tylko o duszę matki Joanny, lecz także o duszę księdza Suryna. Toczy się ona od samego początku - jeszcze przed przybyciem do Ludynia, ksiądz Suryn spotyka w przydrożnej gospodzie miejscowego szlachcica, Wincentego Włodkowicza. Będzie on zasiewać lekki ferment w głowie kanonika, popychać go do rzeczy, które samodzielnie nie przyszłyby księdzu Surynowi, jak choćby wizyta u cadyka. Z drugiej strony mamy postać Kaziuka, który stara się księdza ostrzegać przed różnymi zagrożeniami, czy jednak w zamierzeniu miał być swego rodzaju stróżem? Jeśli tak, to brakuje jego większej roli w finale.

Jest to także opowieść o ludzkiej namiętności, o jej wielkiej, nieuświadamianej sile i o konsekwencjach, do których może doprawadzić.

Nie tylko akcja opowiadania jest umieszczona w XVII wieku - całe ono jest na ten okres stylizowane: nietypowa składnia, sporo archaizmów. Pozwalają poczuć właściwy klimat, choć sprawiają, że lektura dla mnie nie była tak prosta w odbiorze, przydałyby się chociaż jakieś przypisy tłumaczące niektóre słowa...

Żałuję, że nie sięgnęłam po "Matkę Joannę..." miesiąc wcześniej, wtedy mogłabym dołączyć do ciekawej dyskusji o tej książce w klubie czytelniczym na blogu u Ani.

Moja ocena: 4/6 

sobota, 31 grudnia 2011

"Z pamiętnika niemłodej już mężatki" Magdalena Samozwaniec

Autorki i jej rodziny pewnie nikomu przedstawiać nie trzeba. Dla mnie było to jednak dopiero pierwsze spotkanie z jej twórczością. Warto powoli nadrabiać te wszystkie zaległości...

"Z pamiętnika niemłodej już mężatki" jest zbiorem odnalezionych po latach tekstów, pisanych prawdopodobnie do radia. Wydanie wzbogacone jest licznymi zdjęciami, nieprzypadkowo dobranymi, lecz stanowiącymi odzwierciedlenie opisywanych wątków - dzięki temu lektura staje się ciekawsza i łatwiej się jest "przenieść" czytelnikowi oczami wyobraźni do właściwych miejsc i obrazów. Szkoda, że o ile zdjęcia są dobrze opisane, to zabrakło takiego opisu do samych opublikowanych tekstów - zdaję sobie sprawę, że to są materiały odnalezione przypadkowo, może niekiedy trudno określić datę ich powstania, ale zdecydowanie przydałby się jakiś odredakcyjny komentarz, nawet jeśli opierałby się nie na sprawdzonych faktach, lecz na hipotezach.

Zawarte w książce teksty można by było podzielić na dwie części - wspomnienia z domu rodzinnego z okresu międzywojennego i z wczesnych lat 40-tych oraz teksty "współczesne", o życiu w latach 60-tych. 

Wątki wspomnieniowe podobały mi się zdecydowanie bardziej. Ciekawe to były czasy i ciekawie żyć się musiało w tym starym Krakowie, gdzie spotkać można było Boya-Żeleńskiego czy Stanisława Przybyszewskiego wraz z małżonką (wiadomo oczywiście, że młodym panienkom w takim towarzystwem nie wypadało się nigdzie pokazać), gdzie dla rozrywki pójść można było do pierwszego w mieście kina lub na jakiś uroczysty pogrzeb (jako że te były jedną większych atrakcji  dla śmietanki towarzyskiej). Niewątpliwie rodzina Kossaków była niezwykle barwna, dlatego tez anegdotki z jej życia i dziś czyta się z wielkim zaciekawieniem, a ja - jako jedynaczka - myślę sobie, że to musiałoby być cudowne mieć taka siostrę jak Lilka. 

Teksty "z drugiej części" - o modzie, zdrowiu, wychowaniu dzieci i roli kobiet - cechuje dość oryginalne podejście do tematu. Choć czytało mi się je dobrze, to jednak dziwnie się podczas tej lektury czułam. To "niedzisiejsze" spojrzenie  jest ciekawe poznawczo, ale trudno się pod nim dziś podpisać. Wątki, które pisane były serio wydają się momentami satyryczne. Ale to zmusza do refleksji i pokazuje, jak silne były zmiany, jakie zadziały się w obyczajowości w drugiej połowie XX wieku i jak zmienił się system wartości. 

Ponieważ lektura tej książki była miła, lekka i przyjemna, a klimat tych rodzinnych historyjek bardzo mi się spodobał, po zakończeniu lektury udałam się do biblioteki i wypożyczyłam sobie "Marię i Magdalenę". Jak napisałam na wstępie - czas nadrabiać te moje braki :-)

piątek, 30 grudnia 2011

"Trzeci klucz" Jo Nesbø

To moje drugie spotkanie z autorem i z jego trylogią z Oslo. Spotkanie udane - powiedziałabym, że nawet bardziej udane niż pierwsze. Łatwiej mi się było wczuć w tom drugi przygód Harrego Hole - enfant terrible wydziału zabójstw. Charakter i metody pracy bohatera były mi już znane, a akcja drugiej części jest bardziej złożona i wielowątkowa, przez co lektura staje się ciekawsza.

Wszystko zaczyna się od napadu na bank, podczas którego ginie jedna z pracownic. Harry wraz z koleżanką z wydziału napadów, specjalizującą się w analizie materiałów video i obdarzoną niesłychaną pamięcią do twarzy, Beate, dochodzą do wniosku, że za śmiercią kobiety musiało stać coś więcej niż tylko kilkusekundowe opóźnienie w wydawaniu kasetki z pieniędzmi i że najprawdopodobniej było to nieźle zaplanowane morderstwo. Równolegle Harry włącza się w sprawę wyjaśnienia tajemniczej śmierci Anny - swojej dawnej kochanki. Z pozoru wydaje się, że sprawa jest prosta i że było to samobójstwo, jednak rodzą się pewne wątpliwości... A Harry wciągnięty zostaje w dziwną grę, która doprowadza do rzucenia podejrzeń na niego samego.

W tle w dalszym ciągu obecny jest wątek zabójstwa Ellen - dawnej współpracowniczki Harrego oraz powiązanego z ruchem neonazistowskim policjanta Toma Waalera. Na razie Harry jest jeszcze daleki od wyjaśnienia prawdy, ale sądzę że w kolejnym tomie, wraz z pomocą Beate mu się to uda ;-)

Akcja jest - w moim odczuciu - dość nieprzewidywalna, jej zwroty były dla mnie zaskakujące. Dlatego przyjemnie mi się ten kryminał czytało i rozejrzę się za kolejną częścią.

"Cukiernia pod amorem. Cieślakowie i Hryciowie" Magłorzata Gutowska-Adamczyk

Cieszę się, że sięgnęłam po "Cukiernię pod amorem" teraz - kiedy wszystkie trzy tomy są już wydane, dzięki czemu po zakończeniu pierwszej części nie musiałam czekać kilku miesięcy by poznać dalsze losy rodziny Zajezierskich :-)

Tom drugi sprostał moim - już po lekturze pierwszej książki dużym - oczekiwaniom. Znów zatopiłam się w tym dawnym klimacie dworu w Zajerzycach. Autorka zabrała mnie też do innych miejsc - w podróż transantlatykiem do Stanów Zjednoczonych (ach, ten okres prosperity!), do międzywojennej Warszawy... To właśnie ten obraz stolicy przypadł mi w drugim tomie najbardziej do gustu. I - nie będę tu za gorsz oryginalna - najbardziej spodobała mi się postać Grażyny Toroszyn vel Giny Weylan. Ta niezwykle silna, obdarzona dużym temperamentem kobieta jest tak przedstawiona, że większości czytelniczek pewnie niejednokrotnie podczas lektury przyjdzie do głowy myśl "chcę umieć w niektórych sytuacjach zachować się jak Gina". Czy to nie pachnie trochę kiczem? Pewnie tak, ale mimo to uważam, że trudno nie polubić tej bohaterki, jej ambicji, konsekwencji w dążeniu do obranego celu, wyobraźni i umiejętności czerpania z życia pełnymi garściami.

Nie będę opisywać fabuły książki. Jest wielowątkowa, jej dokładny opis stałby się dość zagmatwany a pobieżny niezrozumiały, zresztą kto jeszcze książki nie zna może będzie chciał przeczytać, nie będę więc zdradzać szczegółów, żeby nie psuć radości z czytania.

Trzeci, końcowy tom opowiada historię z okresu drugiej wojny światowej oraz późniejszą, do lat 90-tych. I choć przeczytałam go z dużym zaciekawieniem, to jednak te historie wojenne wydały mi się już za bardzo naciągane... Nie jestem fanką tego typu fantastyki historycznej, choć napisana jest moim zdaniem bardzo dobrze. No i od pierwszego tomu najmniej podobały mi się wątki współczesne, a siłą rzeczy w tomie ostatnim jest ich najwięcej. No cóż - tym najmłodszym bohaterom sagi nie dostało się w przydziale aż tyle temperamentu co ich dawniejszym przodkom i w zestawieniu z nimi w moim odczuciu wypadają trochę blado. Co nie zmienia faktu, że od tego ostatniego tomu także nie mogłam się oderwać i przykro mi było, gdy dobrnęłam do ostatniej strony (szczególnie że ta ostatnia strona nadchodzi dość nagle, wydaje się że jeszcze ma się przed sobą wiele kartek, a tu nagle zaczyna się aneks z pełnym kalendarium i rozrysowanymi drzewami genealogicznymi).
Ogólnie bardzo się jestem zadowolona, że coś mnie tknęło i sięgnęłam po ten cykl, mimo że wcześniej nie przejawiałam nim żadnego zainteresowania. Spodobał mi się bardzo ten klimat dawnych lat, tak świetnie uchwycony w pierwszych dwóch tomach. Chętnie przeszłabym się na spacer po dawnych Zajerzycach, przejechała się taksówką Cieślaków po międzywojennej Warszawie, wstąpiła na przedstawienie z Giną do Czarnego Kota... Pomarzyć zawsze można ;-)

czwartek, 29 grudnia 2011

"Ajatollah śmie wątpić" Hooman Majd

Napisana w 2008 roku książka Hoomana Majda została szybko okrzyknięta najlepszą książką o współczesnym Iranie, wiele cenionych amerykańskich gazet wyróżniło ją tytułem najlepszej książki roku, reklamowano ją jako książkę, która pokazuje Iran od środka, takim jaki naprawdę jest. I książka rzeczywiście jest moim zdaniem świetna, ale czy rzeczywiście pokazuje prawdziwy Iran, skoro od jej wydania już tyle się w tym kraju wydarzyło, a autor nie wyczuwał żadnych oznak zmian? Pozostawię to pytanie tym, którzy znają się lepiej na tematyce irańskiej, sama zajmę się książką :-)

Hooman Majd zabiera nas w ciekawą wycieczkę po Iranie. Jest nietypowym przewodnikiem - urodzony w Teheranie bardzo wcześnie wyjechał z ojczyzny, mieszkał w Wielkiej Brytanii i w Stanach Zjednoczonych. Jego ojciec był dyplomatą rządu szacha, jego dziadek zaś jednym z irańskich ajatollahów. Sam autor określa siebie jako jednocześnie 100% Irańczyka i jako 100% Amerykanina - to właśnie ten dualizm spojrzenia sprawia, że jego refleksje na temat Iranu są tak interesujące dla europejskiego czytelnika.

Obraz Iranu, który trafia do nas za pośrednictwem mediów masowych jest dość prosty: religia + broń atomowa. Hooman Majd próbuje nam powiedzieć coś więcej o społeczeństwie irańskim, o jego zwyczajach, wartościach, kompleksach. Możemy się z książki dowiedzieć m.in. o różnicy pomiędzy tym, co "perskie" a tym, co "irańskie", o tym jak wyglądają popołudnia spędzone na paleniu opium z sąsiadami, jaki jest stosunek kobiet do hidżabów, co to są perskie koty i na czym polega irańska wymiana uprzejmości. Zresztą fragmenty mówiące właśnie o owej wymianie uprzejmości są w moim odczuciu najzabawniejszymi momentami w całej książce. Przytoczę jeden, który spodobał mi się najbardziej. Jest to rozmowa z taksówkarzem, który właśnie dowiózł pasażera pod wskazany adres:
 
"– Ile jestem winien? – spytałem, wyjmując grube zwitki zużytych irańskich banknotów warte w sumie mniej niż trzydzieści dolarów.
– Nie warto płacić – padł w odpowiedzi typowy ta’arof.
– Ależ proszę powiedzieć – nalegałem.
– Naprawdę, nic – powiedział kierowca. Przeważnie na tym etapie wystarczy jeszcze jedno „proszę” ze strony pasażera i rachunek zostaje uregulowany, zwykle na korzyść kierowcy, lecz ten młody człowiek postanowił rozegrać ekstremalną partię ta’arofów.
– Proszę – powiedziałem z naciskiem, odliczając kilka banknotów.
– Absolutnie nie, jest pan moim gościem – odparł.
– Nie, bardzo dziękuję, ale naprawdę muszę zapłacić.
– Błagam pana – odpowiedział. Przez chwilę przeszło mi przez myśl, że to może nie być klasyczna wymiana ta’arofów, lecz bardziej złowieszcza odmiana sztuki, prawdziwy pojedynek słowny, w którym przegrywający akceptuje filozoficzne poglądy zwycięzcy. Czy chciał powiedzieć, że nie weźmie pieniędzy, bo gardzi ludźmi o pełnych brzuchach?
– Proszę – raz jeszcze nacisnąłem, nie dbając już o to, czy brzmi to desperacko, ani czy przegrałem tę rundę. – Proszę, niech mi pan powie, ile płacę. – Podziałało. Kazał mi się autentycznie błagać i z nieco pogardliwym, lecz nie złośliwym uśmiechem powiedział:
– Trzy tysiące pięćset tumanów. – Mniej więcej cztery dolary i o jakieś pięćset tumanów więcej niż taki kurs powinien kosztować. Zapłaciłem bez negocjowania ceny i wysiadłem. Patrzyłem, jak taksówkarz zawraca, spoglądając na mnie przez szybę z lekko tryumfalnym uśmiechem. Po chwili mocno nacisnął na pedał gazu i samochód z piskiem opon zniknął w wąskiej uliczce."

Przykładów innych ta'arofów, czyli właśnie tych charakterystycznych wymian uprzejmości, jest w książce zdecydowanie więcej i - szczególnie dla osoby niewtajemniczonej w kulturę - są fascynujące. Podobnie jak i inne fragmenty opisujące zwyczaje dla nas obce. Dlatego lektura ta jest bardzo przyjemna i godna polecenia.
Interesujące jest też samo wydawnictwo, nakładem którego ukazała się ta książka. Dość mało znane, skupiające się na wydawaniu literatury z dość nietypowych zakątków świata - chętnie sięgnęłabym po kolejne tytuły z zakresu literatury faktu wydane w tej serii.

sobota, 24 grudnia 2011

Wesołych świąt :-)


Życzę wszystkim radosnych świąt i mnóstwa interesujących książek pod choinką!