niedziela, 22 kwietnia 2012

"Filmy mojego życia" Alberto Fuguet

Książkę te wygrzebałam gdzieś w sieci tanich księgarni. Moją uwagę przykuła (poza ceną) sympatyczna okładka oraz sam zamysł - oto bowiem młody i uzdolniony sejsmolog przypadkowo spotyka w samolocie pewną kobietę. Początkowo w ogólne nie jest zainteresowany nawiązaniem z nią jakiejkolwiek rozmowy - myśli o swojej podróży do Japonii, gdzie spieszy by być świadkiem ważnych ruchów płyt tektonicznych. Jednak to spotkanie i krótka rozmowa sprawiają, że oczekując w Los Angeles na przesiadkę, Beltran Soler (tak nazywa się nasz główny bohater) postanawia odwiedzić wypożyczalnię filmów video i... spisać listę filmów swojego życia - listę filmów, które oglądał i które wywarły znaczący wpływ na jego dalsze losy; listę filmów, które oglądał w wyjątkowych okolicznościach, z ważnymi dla siebie osobami, listę filmów które ukształtowały jego osobowość. Nowe zadanie pochlania go tak bardzo, że dalszą podróż odkłada na później.

Fakt, że przesiadka miała się odbyć w Los Angeles nie jest bez znaczenia. Los Angeles to bowiem miejsce, w którym Beltran urodził się i wychował. Miejsce, którego nie odwiedzał od lat - jako dziecko przeniósł się z rodziną do surowego Chile czasów Pinocheta. Beltran, którego poznajemy na początku powieści, nie jest pogodzony ze swoim życiem, nie jest zadowolony z różnych wyborów, które doprowadziły go do tego miejsca, w którym się aktualnie znajdował. Wylistowanie wszystkich filmów, staje się dla niego formą terapii - "przepracowuje" swoje życie, powoli godzi się ze wszystkim i ze wszystkimi.

Bardzo mi się spodobała koncepcja, ale wykonanie pozostawiło niedosyt. Przede wszystkim odnoszę wrażenie, że trudno jest poczuć klimat tej książki, jeśli nie było się dzieckiem mieszkającym w Stanach w latach 60-tych i 70-tych. Sposób, w jaki te dziecięce i nastoletnie historie są opowiedziane, jest niezwykle emocjonalny, jeśli nie miało się z czymś kontaktu, trudno to sobie wyobrazić. To trochę tak, jakbym chciała opisać jakiemuś Amerykaninowi zapach Pewexu: jako mieszanki perfum Kobako i kolorowych okrągłych gum do żucia pakowanych po 10 sztuk w listku - tego się nie da opowiedzieć, jeśli się tam nigdy nie weszło i zapachu nie zapamiętało. A w tej książce mamy szereg produktów spożywczych, z pewnością kultowych dla tego okresu i wywołujących szeroki uśmiech na twarzy i szereg wspomnień wśród czytelników, którzy to przeżyli, ale niemożliwy do zrozumienia dla mnie.

Poza tym trochę za dużo pytań pozostaje bez odpowiedzi, ani bez wskazówek interpretacyjnych. Nie muszę mieć wszystkiego zawsze wyłożonego "kawa na ławę", ale tu po prostu zabrakło mi rozwinięcia niektórych wątków, szczególnie dotyczących relacji głównego bohatera ze swoją siostrą, które pozwoliły by mi lepiej zrozumieć Beltrana.

Książka ma jeszcze jedną ważną zaletę: jest pewnego rodzaju przewodnikiem po filmach, które warto zobaczyć i świadectwem zmian, jakie na przestrzeni dziesięcioleci zadziały się w amerykańskim filmie. Autor jest aktywnym filmowcem, scenarzystą i reżyserem. Jest także przedstawicielem "pokolenia McOndo". Odrzuca popularny szczególnie w kręgach południowoamerykańskich realizm magiczny - pisze o nowoczesnych dużych aglomeracjach, popkulturowych inspiracjach i życiu współczesnych, zwyczajnych ludzi. 

5 komentarze:

guciamal pisze...

Pamiętam zapach perfum Kobako, dezodorantów Bac i powiew luksusu towarzyszący zakupom w Peweksie. Pamiętam ściskane w ręku bony, za które można było dokonać zakupu. :)

czytanki.anki pisze...

Bardzo starałam się przeczytać tę książkę, bo tematyka jest mi dość bliska (oprócz sejsmografii;)), ale niestety wykonanie - jak piszesz - pozostawiało dużo do życzenia. Spasowałam po ok. 70 stronach, nie wiem, czy dam radę do niej wrócić.

Karolina pisze...

Nie było żadnego wyraźnego ożywienia akcji po 70-tej stronie więc nie wiem, czy jest sens wracać ;-)

Książkozaur pisze...

Pomysł rzeczywiście ciekawy, choć faktycznie czytelnik z zewnątrz pewnie nie jest w stanie w pełni docenić tej książki. Ja zapachu Pewexu nie pamiętam, tylko opowieści, że rodzice kupili mi śpioszki kilometr za długie, żeby na długo starczyły ;)

Karolina pisze...

Kiedyś to jednak ludzie umieli tak kupować, coby na prawdziwe lata starczyło ;-)

Prześlij komentarz